lamitrin + tisercin.
żegnaj cudzie natury w postaci manii. dwa tygodnie od odstawienia antydepresantów i mam ochotę walić głową w ścianę. pierwszy przeleżany dzień od bardzo dawna. spać.
lamitrin + tisercin.
żegnaj cudzie natury w postaci manii. dwa tygodnie od odstawienia antydepresantów i mam ochotę walić głową w ścianę. pierwszy przeleżany dzień od bardzo dawna. spać.
krwisto czerwono fioletowe spuchnięte powieki zdecydowanie nie są tym, co pasuje mi najbardziej. po raz kolejny wyglądam jakbym oberwała po gębie. gruba warstwa maści spływająca do oczu i szczypiąca niemiłosciernie dodatkowo zdecydowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że to była pierwsza i ostatnia przygoda z maszynką do tatuażu i moimi skrajnie nadwrażliwymi oczymy.
zgodnie z zasadą "chcesz być piękna to cierp, płacz i płać" powoli odechciewa mi się mojej wiosennej metamorfozy. a zgodnie z zamierzeniami na realizację moich planów do końca musiałabym wydać kolejną fortunę. choć pewnie świadomość wstania rano z łóżka i niewyglądanie jak zombie będzie tego warte.
póki co na razie chcę tylko zamknąć oczy, założyć słuchawki na uszy i odlecieć.
wydaję majątek na zakupy. kilka par butów, spodni, bluzek, swetrów, spódniczek, dwa aparaty analogowe z wielką ochotą na kolejne dwa, zegarek, słuchawki, torebka, szalik itp. itd. etc. konto świeci pustkami, ale poprawienie humoru sobie jest tego warte.
po ponad miesiącu nieskończonego apetytu ze strachem wchodzę na wagę. wyrzuty sumienia spowodowane lindtowskimi czekoladami, batonikami i ciasteczkami powodują, że robi mi się niedobrze na samą myśl, że w końcu muszę to zrobić. o dziwo waga wskazuje 300g mniej. ale trzy dodatkowe kg wciąż brakują do wymarzonej wagi. nie ważne jest to, że wszystkie ciuchy leżą na mnie idealnie, trzy kg dręczą i męczą. przechodzę znów na sałatę i pomidorki. dodatkowo kolejne porcje tabletek odchudzających. te w połączeniu z antydepresantami robią mi znów sieczkę z mózgu. sama nie wiem co gorsze. kiepskie samopoczucie czy męczenie się ze świadomością nieidealnej wagi. na razie nie chcę wybierać. nie mam siły. a było już tak dobrze. będzie dobrze. jeszcze tylko trochę.
biorę sobie do serca słowa lekarza, że moje gorsze samopoczucie wynika też z całkowitej izolacji od społeczeństwa i wykonuję powierzone mi zadanie domowe spędzając cały dzień poza domem. dorabiam się nowej fryzury, nowych paznokci, nowej pary jeansów i pożyczonego oiektywu. wyijam kilka kaw, idę na długi spacer. kiedy wracam do domu zdaję sobie sprawę, że nie było mnie 12 godzin. 12 godzin mile spędzonego czasu. bez lęku, złości, paranoi. całe podenerwowanie z piątku ulatnia się. spokój.
ból głowy daje się we znaki. biorę painkiller, v, zolpic i odpływam w sen. odreagowuję koszmarami. coś włamuje mi się do domu. słyszę kroki. uzbrojony alarm milczy a powinien wyć jak oszalały. kroki stają się coraz głośniejsze. w końcu ktoś wchodzi do mojej sypialni i wkrada się do mojego łóżka. wtedy zdaję sobie sprawę, że to nie ktoś a coś. czuję paskudny zapach, obleśnie śliską skórę. udaję, że śpię, ale nie mogę uspokoić bicia serca. słyszę oddech tego czegoś, ciężki, świszczący, dyszący. budzę się. wstaję. zachmurzone niebo. sprawdzam alarm, zaczyna piszczeć dając mi kilka sekund na rozbrojenie go. wciąż słyszę ten oddech. nie mogę go namierzyć. jest gdzieś tuż za moim uchem. oglądam się za siebie. nic. nie widzę go, ale słyszę jak dyszy gdzieś wkoło mnie. to coś wciąż tu jest.
nieprzespana noc. nie mogę zasnąć, a kiedy w końcu zasypiam budzę się po chwili. chodzę po domu. zapalam papierosa. biorę książkę. zasypiam. znów budzę się.
wizyta u psychiatry. nie mogę się jej doczekać od rana. a jednocześnie wracają nerwy i fobie. boję się, że ten przemiły doktor nie będzie już taki miły. boję się, że tym razem nie będzie w stanie mnie zrozumieć, że skrytykuje, dokopie. od rana robię fryzurę, makijaż, przymierzam tonę ciuchów. chcę wypaść dobrze. nie chcę wyjść na chisteryczkę, którą zademonstrowałam ostatnio. patrzę w lustro. znowu widzę osobę, której nie znoszę. która nie jest tak idealna, jak być powinna. w niczym nie wyglądam dobrze. w końcu zakładam jeansy, szpilki i kurtkę. i tak jest mi wszystko jedno.
doktor uśmiecha się, pyta jak żyję, co porabiam, jak się czuję. znów wydobywa ze mnie wszystko, co tak bardzo chcę ukryć przed światem. zadaje trudne pytania, a ja na nie odpowiadam. jestem spokojna. sam to zauważa. mówi, że dobrze wyglądam, że jestem dziś spokojna, nie drżę cała i nie mam łez w oczach. pyta, jakie mam plany na przyszły miesiąc. dostaję zadanie domowe do wykonania. co najmniej jeden dzień w tygodniu mam spędzić poza domem. i robić coś tylko dla siebie. dostaję skierowanie na terapię. ponoć teraz jestem gotowa. no i kolejne zadanie do wykonania. mam się umówić na tą terapię. obiecuję się umówić. sama już od dawna o tym myślałam.
100mg setaloftu. i nadal zolpic.
wracam do domu. uśmiecham się do lustra. lubię siebie. lubię, jak mój lekarz poprawia mi nastrój. i wciąż nie mogę odżałować, że to on nie może być moim terapeutą.
z trudem zwlekam się z łóżka o 9 rano. o 13 znowu zasypiam. o 22 jestem już w łóżku. 13 godzin snu dziennie. wpadam ze skrajności w skrajność. i sprzątam. na okrągło. sprzątam i śpię. i jem. cholerny apetyt nie mija. mam dość. setaloft nie działa. chyba że uspokajająco nasennie jedzeniowo. a może właśnie działa.
wciąż słyszę dzwonek domofonu. dzwoni w mojej głowie. przestałam już reagować. minie za kilka dni. omamy zawsze mijają po kilku dniach.
mimo wszystko jestem spokojna. tak bardzo cholernie spokojna.
depresja czasami powoli odpuszcza. małe przemeblowanie. kolejne plany.
czekoladowo orzechowo klonowe muffinki na śniadanie. gorzka kawa. leżę z nogami opartymi o ścianę. papieros. dark ambient w słuchawkach. zamykam oczy.
bezsenność miesza się z długimi godzinami sennego letargu. sny. uczucie odrealnienia. nierzeczywistość. marzę o mgle.
dopada mnie lekka hipomania. milion pomysłów na sekundę. milion planów na życie. nie mogę usiedzieć w miejscu. kocham ten stan. mija. znów zapadam się w nieskończoną otchłań bezsensu. nie tak. nie znowu. proszę. otulam się kocem. film. kakao. nie chce mi się ruszyć. lek nasenny. potem drugi. bezsenna noc. przelotne koszmary. strach. nie tak. nie znowu. boję się, co przyniesie dzień.
wstaję wcześnie. papieros. red bull. antydepresant. painkiller. codzienny zestaw poranny. chmury. milion rzeczy do zrobienia. kilka spraw do załatwienia. telefon za telefonem. mail za mailem. pranie. obiad. sprzątanie. nie potrafię się zatrzymać. kolejny painkiller. kolejny red bull. kawa. jest dobrze. chwila wytchnienia. latte. książka. jest całkiem dobrze.
małe krzyczy. jak można krzyczeć o tak nieludzkiej porze? "spać" mamroczę pod nosem, małe wciąż krzyczy. w końcu spoglądam na zegar. 11.13. chyba wciąż śnię. nie chcę się budzić z poprzedniego snu. chcę spać. śnić. krzyk. 11.15. po bezsennych latach jestem w stanie przespać ponad 12 godzin. przeraża mnie nowa rzeczywistość. sen. piękne sny. i ten cholerny nieznośny apetyt. chcę wrócić do swojego poprzedniego życia. chcę spać 4 godziny, nie śnić, nie marzyć, nie jeść. i tylko ten spokój chcę zatrzymać. ten cudowny, otulający mnie spokój, gdy serce bije swym powolnym, miarowym rytmem, bez nerwów, stresu, złości, paniki, lęku. spokój. i cisza. co wybrać? co zatrzymać w sobie? w końcu muszę się zdecydować. coś za coś. nie można mieć wszystkiego. nie można mieć nic za darmo.
słońce znów rozpieszcza swymi promykami. chcę wziąć aparat. uciec gdzieś przed siebie. zatrzymywać chwile. nie można mieć wszystkiego. nie można mieć nic za darmo.
wciąż jestem rozdarta. wciąż toczę wojnę.
słońce przyjemnie grzeje. rozpinam kurtkę. szybkie zakupy. mam ochotę się schować i jednocześnie spacerować w tym słońcu. uśmiecham się. jest całkiem dobrze. choć wojna wciąż trwa. mrużę oczy. głowa i oko wciąż boli, choć po ostatnich wypadkach nie ma już prawie śladu. wciąż drżę, robi mi się gorąco, kręci mi się w głowie. osłabiony organizm nie może dojść do siebie. jeszcze kilka dni. wciąż toczę ze sobą tą cholerną wojnę. wygrywam. dobrze mi.